![]() |
Leonardo DiCaprio i Martin Scorsese na planie Wilka |
Ocena: 4/6
To chyba film, o którym mówi się najwięcej w kontekście
Oscarów. Widzieli go wszyscy, reżysera znają wszyscy i odtwórcę głównej roli
również. Sława Wilka z Wall Street
jest o tyle interesująca, że jest dowodem połączenia dwóch wielkich talentów –
handlowego i artystycznego. Jeszcze ciekawsze w świetle tytułu jest to, że film
nie jest ani o wilku, ani z Wall Street, ale to już pominę milczeniem.
![]() |
Jonah Hill i Leonardo DiCaprio |
Martin Scorsese to człowiek, który zna się na biznesie, a
przy okazji jest świetnym reżyserem. Pomyślał więc: jak zrobić film na wysokim
poziomie, a jednocześnie przyciągnąć tłumy do kin? Przesadzić oczywiście,
przesadzić. Wtedy wszystko staje się
niejednoznaczne. Tym, którzy lubią pustą rozrywkę zaserwował więc niekończący
się teledysk pełen narkotyków, seksu i golizny. Dla tych, którzy mają zgoła te
same upodobania, ale się do nich nie przyznają, stworzył drugie dno swojej
opowieści. A całej reszcie dał twardy orzech do zgryzienia.
No bo w istocie, Wilk jest
nużący. Tak samo jak oglądanie przez trzy godziny zapętlonego klipu. Chyba, że
naprawdę kochamy tę piosenkę.
![]() |
Zwyczajny dzień w firmie Belforta |
Film jest oparty na historii Jordana Belforta (Leonardo
DiCaprio), maklera, który w nielegalny sposób dorobił się ogromnej fortuny i
szybko ją stracił. Wilk jednak nie
jest klasyczną opowieścią o upadku oszusta, ale o tym jak on się bawi. A robi
to zawsze i wszędzie i w mało wysublimowany sposób. Razem ze swoimi przygłupimi
kumplami wciąga kreskę za kreską, zamawia prostytutkę za prostytutką, a przy
okazji lwa do biura. I tak całymi latami. Orgie są poprzetykane scenami-gagami.
Raz śmiesznymi do granic absurdu, a raz całkiem przeciętnej klasy. W tej
konstrukcji film Scorsese przypomina popową piosenkę, gdzie główną rolę gra
powtarzany w nieskończoność refren (ta cecha przywodzi na myśl Spring Breakers, o którym pisałam w zeszłym roku).
Słyszymy go wszędzie i tak często, że w końcu wchodzi nam do głowy i
mechanicznie go nucimy jednocześnie nienawidząc z całego serca.
Reżyser w taki sposób tworzy film dwuznaczeniowy, który w
jednej warstwie bawi odnosząc się do najniższych pragnień, a w drugiej budzi
odrazę, uświadamiając płytkość i beznadzieję. Bo przecież życie Belforta
ukazane przez Scorsese to żałosna wersja high
life’u, największe marnotrawstwo potencjału i czasu.
Wilk z Wall Street
to film, który udowadnia, że jego reżyser z rewelacyjnego rzemieślnika przeobraził
się w świadomego artystę, który perfekcyjnie operuje obrazem i dźwiękiem.
Warstwa muzyczna, jak w każdym jego filmie (nigdy nie zapomnę Scorsese, że to
on odkrył dla mnie Dropkick Murphys w Infiltracji),
jest idealnie dopasowana.
A teraz kwestia, którą koniecznie trzeba poruszyć –
aktorstwo. Choć uważam Leonardo DiCaprio za rewelacyjnego aktora, to ostatnimi
czasy wybiera śmiertelnie poważne role, które zamykają go w ramy
hollywoodzkiego przeciętniaka. Wyjątkiem był Django (moja recenzja sprzed roku).
Ale cóż znaczy jeden film w obliczu serii bardzo nieciekawych kreacji (Wielki Gatsby, Wyspa tajemnic, Incepcja)?
W Wilku DiCaprio gubi się, zdaje się
po raz pierwszy nie nadawać z reżyserem na tych samych falach. Gra niepewnie i
niekonsekwentnie. To zdecydowanie nieoscarowa rola. Konwencję czuje o wiele
lepiej Jonah Hill, również nominowany.
Na miarę Oscara jest za to jeden niezapomniany epizod
człowieka o dziwnym nazwisku. Matthew McConaughey naprawdę trzyma formę. Rok
2013 to jego rok!
Obejrzyjcie więc Wilka, skoro go jeszcze nie widzieliście,
chociażby tylko dlatego:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz